czwartek, 9 lutego 2017

7 – Idę tą pustą ulicą na Bulwarze Straconych Marzeń

                Poprawiła czapkę z daszkiem na blond główce czterolatka i posłała wdzięczny uśmiech strażnikowi granicznemu, który przepuścił bez słowa chłopca z tabletem w dłoniach przez bramkę. Mężczyzna również uśmiechnął się i nawet pomógł jej z zagubioną na taśmociągu walizką. Zabierając od chłopca tablet wskazała mu palcem ledwo widoczną wodę i fiord. Wydawał się zachwycony samym skrawkiem tego widoku, przez co miała mały problem z oderwaniem go od barierki i szklanej ściany.
                To były tylko dwa dni w rodzinnym domu, ale wyglądała jakby wyspała się za wszystkie czasy i przestała zamartwiać się pewnymi rzeczami.
 - Przywiozłaś sobie dziecko w ramach pocieszenia? – sarknęła Maiken, kiedy znalazła ją pomiędzy innymi pasażerami, zostawiając w tyle Joachima. – Hei, handsome. – zwróciła się do zakłopotanego chłopca. – Boże, jaki on jest podobny do twojej ciotki! Jak mam do niego mówić?
 - Sama nie wiem. – odparła szatynka, walcząc z zacinającą się rączką walizki. – Ja próbuję, aż widzę, że załapał. Najwięcej rozumie po francusku, ale czasem woli niemiecki. Niania mówiła do niego po angielsku. – wzięła chłopca na ręce i zwróciła się do niego najpierw po francusku, a później po niemiecku. Patrzyła na niego wyczekująco, aż skleił sens słów w całość i przytaknął.
 - Robisz mu pranie mózgu? – zapytał Joachim, odnajdując się.
 - Wyobraź sobie, że ta mała istotka zna więcej języków, niż ty.
 - Jakim cudem?
 - To właśnie wspaniałość otwartych granic i mieszania różnych kultur. – wytłumaczyła Maiken. – Mówi mało, ale w trzech językach.
 - To tymczasowe, tak przynajmniej mówi psycholog. – uściśliła Lena, cmokając policzek kuzyna, który ukrył swoją buzię w jej szyi. Mały Philip, jak opowiadała mu w trakcie drogi Maiken, wychowywał się w czterech państwach, jego rodzice byli różnych narodowości, a przez długi czas mieszkali w Londynie. – Weźmiesz walizki? – zapytała blondyna, który mierzył wzrokiem chłopca i Maiken.
 - Tak! – oprzytomniał i złapał za wysunięte rączki.
                Maiken całą drogę na parking była zajęta zagadywaniem chłopca. Widziała, że rozumie, ale jego odpowiedzi ograniczały się do potaknięć i kiwania główką.
 - Nie mogę się doczekać jutra! – zapiszczała, zapinając pasy przy foteliku. – Zabiorę go jutro Muzeum Ludowego, czy to jeszcze za wcześnie? – zwróciła się do przyjaciółki, którą skazała na siedzenie z przodu.
 - Masz wolną rękę, tylko żadnej broni, przemocy i grania na konsoli. – przekazała uwagi swojej ciotki, podłączając telefon do ładowania. – Jedziesz z nami?
 - Nie, mam dzisiaj wyjątkowy nawał pracy. – westchnęła, chociaż napięty grafik cieszył ją. Pożegnała się machając czterolatkowi zniknęła za bramką prowadzącą na peron.
 - Czy z nią wszystko w porządku? – zapytał Joachim, obserwując ją uważnie zza kierownicy. – Boję się jej, kiedy jest taka piskliwa. Jest nieprzewidywalna.
 - Poczekaj, aż Rune przywiezie psa. – postraszyła go. – Jedziesz do Niemiec?
 - Nie. Po czterdziestym miejscu w Wiśle mam trenować na małej skoczni do odwołania.
                Joachim nie miał jakichś ogromnych osiągnięć, ale kochał skoki, a brak jakiejkolwiek formy zaczynał wpływać negatywnie na jego samopoczucie.
 - Chrzanić lato, masz przyzwoicie skakać zimą.
 - Tak, taki jest mój cel: skakać przyzwoicie.
 - Nie każdy może być Schlirenzauerem, czy innym Ammanem. Macie mocną obsadę, więc powołanie jest już sukcesem. Gdybyś był Japończykiem albo Kazachem to byłbyś liderem kadry.
 - Boire? – padło nieśmiałe zapytanie z tyłu, na które szatynka odpowiedziała z uśmiechem płynną francuszczyzną i podała chłopcu butelkę z wodą.
 - Yhym… - mruknął przeciągle i skupił się na drodze. – Myślisz, że dostałbym obywatelstwo? Skoro Maiken lubi różnorodność kulturową. – myślał głośno, a szatynka kiwała przecząco głową, śmiejąc się z niego.


                Prawie cztery i pół godziny później Joachim parkował pod hotelem, skąd mieli zabrać rzeczy i Kennetha, którego jednak nie było w wyznaczonym miejscu. Szatynka po sześciu godzinach podróży z radością rozprostowała nogi i rozciągała zastałe mięśnie.
 - Moje kaptury podziękują mi za to. – jęknęła sięgając do zapięcia pasów fotelika. Ostrzegła chłopca, żeby nie oddalał się. – Gdzie on jest? – zapytała, rozglądając się po lobby.
 - Na treningu. – zakomunikował Joachim, chowając telefon do kieszeni. – Chciał jeszcze poćwiczyć.
 - Ja mu dam poćwiczyć. Jutro dostanie taki wycisk, że nauczy się co to umówiony czas i miejsce. Za dużo czasu spędza z Granerudem.
 - Chodź, zobaczysz jak Jens panikuje, a reszta go podpuszcza.
                Złapała małą rączkę i zła jak osa ruszyła w kierunku sali. Nic nie szło zgodnie z jej planem. Według jej wyliczeń każde opóźnienie oznaczało jazdę w nocy, a na całym świecie nie było wystarczającej ilości melisy, żeby mogła to przetrwać. Nie chciała też wcale natknąć się Jensa, którego długi język ostatnio przysporzył jej problemów, ale wcale nie zdziwiła się kiedy wybiegł na korytarz z lodówką turystyczną do trzymania lodu.
 - O! Spadłaś mi z nieba! – zawołał uradowany, zatrzymując się. – Clas poślizgnął się pod siatką.
 - I co mam z nim zrobić? Podmuchać na siniaka?
 - Każ mu jechać na prześwietlenie, bo na moje oko to złamanie albo co najmniej pęknięcie.
 - Nie zgub go. – zwróciła się Joachima, a później do Philipa, w którego oczach widziała niebezpieczne błyski. – Uważaj na niego, Joachim. – podkreśliła jeszcze raz i ruszyła za Jensem do jednego z prowizorycznych gabinetów.
                Prowizoryczne gabinety podczas zgrupowań mają to do siebie, że nie ma się tam gdzie ruszyć. Zazwyczaj, z bliżej niewiadomych przyczyn, wybiera się najmniejszy pokój z możliwych. Na środku niewielkiego pomieszczenia stoi leżanka lub dwie, jeśli się mieszczą, a przy jednej ze ścian musi znajdować się jakiś blat, na którym stawia się wszystkie torby, specyfiki i przyrządy. Nie ma większego znaczenia czy to obóz Austriaków, który pompują w skoki ogromne pieniądze, Niemców, Norwegów, Polaków czy ostatniej drużyny z tabeli Pucharu Narodów. Wszędzie jest tak samo, a Lena po wejściu do pokoju prowizorycznie zaadaptowanego na gabinet doznała uczucia bliskiego klaustrofobii.
                Clas siedział na leżance z zaciśniętą szczęką i z niepokojem obserwował swoją obłożoną lodem stopę. Tuż przy pechowej kończynie stała jego najstarsza córka posyłająca mu mordercze spojrzenia.
 - Stary, a głupi. – powiedziała, podchodząc do leżanki. Silje, odsunęła się od razu, robiąc jej miejsce tak, jak pozwalały jej na to ściany. Ostrożnie zdjęła cold packi, które traciły właściwości chłodzące. – W najlepszym przypadku jest złamana. Przecież masz siną i opuchniętą stopę. Nie trzeba być ortopedą, żeby wiedzieć, że trzeba to prześwietlić. Na Boga, ile ty masz lat?! Poczekaj jeszcze, a może przy odrobinie szczęścia będziemy amputować.
 - Powoli przestaje…
 - Tato! – warknęła Silje, zaciskając dłonie na krawędzi leżanki. – Nikt nie będzie z tobą jechał po nocy do szpitala, bo zdecydujesz, że jednak cię boli.
 - To poczekam do rana.
 - Jens, idź po samochód, a ja załatwię kule.
 - Ale…
 - Nie dyskutuj, tylko módl się, żeby to było załamanie, a nie skręcenie, bo z twoim szczęściem łatwiej kość się zrośnie, niż ty będziesz odciążał należycie nogę.


                Daniel ogarnął przydługą grzywkę, która opadła mu na oczy. Zerkał kontrolnie na ekran przed sobą, starając się utrzymać odpowiednie tempo na rowerku. Kiedy reszta grała w siatkówkę, on wolał rozgrzać się na rowerku stacjonarnym, a później ewentualnie porzucać do kosza. Ostatnio zmodyfikowali jego rozgrzewkę ze względu na problemy z przeciążonym kolanem, przez co rozgrzewał się sam, ewentualnie któryś z trenerów zaglądał do niego kontrolnie co pewien czas.
                Rowerek zapiszczał, sygnalizując koniec czasu. Sięgnął po ręcznik i przetarł nim mokrą twarz.
Arctic Monkeys.
Zamrugał kilka razy.
                Znał tylko jedną osobę, która ubieranie kilkuletniego dziecka w koszulki zespołów rockowych uznawała za dobry pomysł.
                Bo znalazłem melodię, która w jakiś sposób sprawia, że o tobie myślę.
                Przypomniał sobie fragment jednego z ulubionych utworów Leny, a jego serce zatrzymało się, podskoczyło i zabiło mocniej.
                Chwilę zajęło mu rozpoznanie w chłopcu chrześniaka Leny, ukochanego kuzyna, z którym trochę ponad rok temu stawiali zamek z piasku. Był wyższy, nieco chudszy, miał dłuższe, ciemniejsze włosy, ale w jego spojrzeniu dostrzegał psotną iskrę, która kilka razy wpędziła go w kłopoty. Jak podczas letnich zawodów w Wiśle dwa lata temu, kiedy pobiegł za pstrokatym kotem i zniknął na czyjejś posesji.
                Przecież nie mógł przyjechać sam.
 - Hei! – zawołał wesoło, a kucając podniósł otwartą dłoń.
                Philip wahał się, ale po chwili pobiegł i z ogromnym entuzjazmem uderzył z całych sił o dłoń skoczka, przybijając piątkę. Daniel nawet nie zorientował się, kiedy krótkie ramiona otoczyły jego szyję, wtulając się w niego z ufnością. Podnosząc go wykonał kilka obrotów wokół swojej osi, wydobywając z chłopca na przemian pisk i chichot.
 - Hei. – odpowiedział Philip, starając się jak najwierniej oddać akcent skoczka. Objął go mocniej, wczepiając się w jego szyję, gdy pochylali się po piłkę leżącą na ławeczce. – On joue? – zapytał zachwycony, momentalnie puszczając Daniela, żeby przejąć piłkę.
 - Oui. – zapewnił skoczek, przytrzymując go mocniej.
                Posadził go na swoich barkach i ruszył ku dużemu boisku, uważając podczas przechodzenia przez drzwi, żeby nie uderzyć o framugę. Mając Philipa trzymającego, odrobinę za ciężką, piłkę nad swoją głową musiał kilka razy ratować się przed wymsknięciem się piłki z jego rąk. Po kilku rzutach znudziła mu się ta perspektywa i zażądał odstawienia na podłogę, gdzie mógł biegać za piłką po całej sali. Co jakiś czas przybiegał do Daniela, żeby podsadził go do kosza, rzucał tak, żeby piłka odbiła się i oddaliła jak najdalej, po czym gnał za nią. Starszy blondyn śmiał się, kilka razy biegł za nim, przekomarzał się odbierając mu piłkę i podrzucał chłopca, wywołując kolejną salwę pisków.
                Trzymał Philipa głową niebezpiecznie blisko podłogi, kiedy jego wesoły chichot przerwało zdzwione i pełne strachu O!.
                Pierwszy raz od kilku miesięcy poczuł spokój. Gdy wyobrażał sobie ten moment bał się, że ciągle będzie zła albo będzie go ignorować. Tymczasem stała oparta o drzwi ze skrzyżowanymi rękoma i uśmiechem, który sprawił, że jego serce zabiło szybciej i znów wykonało salto. Była tylko kilka metrów od niego. Pierwszy raz od kilku miesięcy uśmiechał się ze szczęścia. Niewymuszenie i, nawet gdyby chciał, nie mógł tego powstrzymać.
                Po chwili zauważył, że bluzka w paski jest znacznie luźniejsza, a spodnie, niegdyś idealnie opinające jej biodra, podtrzymuje pasek. Jej szare oczy błyszczały, gdy patrzyła na niego. Czuł jak wszystko, co działo się przez ostatnie kilka miesięcy, kumuluje się w jego żołądku. Jakby wszystkie emocje zebrały się i na raz chciały wydostać się na zewnątrz.
                Za jej plecami pojawiła się Silje, córka kierownika drużyny, a Philip wyplątał się zręcznie z jego uścisku i pobiegł do niej. Wzięła chłopca za rękę i ruszyła za Silje. Gdy odwracała się zauważył jeszcze uśmiech, który zaraz ukryła zaciskając usta, oraz pełne żalu spojrzenie.


                Joachim stał się głównym tematem żartów podczas kolacji. Daniel żałował, że nie widział jak Jo wpada na główną halę i komunikuje wszystkim, że miał dziecko i zgubił je. Stöckl prawie dostał zawału. Drugim tematem był Clas, który szturchając się z Stjernenem pod siatką na treningu, przy okazji rozprawiając o niezdarności skoczka, poślizgnął się i skręcił kostkę. Na jego nieszczęście Lena przekonała ortopedę, że bez gipsu się nie obejdzie, więc teraz Tom Hilde razem z Granerudem starali się dostać pod stołem do jego opatrunku z kolorowymi mazakami. Samej Leny nie widział od popołudnia, chociaż musiała być w którymś z pokoi na piętrze, zapewne czytając bajkę Philipowi.
                Wycofał się ostrożnie od stołu, zabierając czysty talerz, który napełnił przy bufecie. Po drodze zajmowane przez kadrę na piętro zahaczył jeszcze o Emila, który zawsze zajmował się zakwaterowaniem, żeby przypadkiem nie trafić do złego pokoju.
                Wchodząc po schodach nucił pod nosem fragment piosenki Arctic Monkeys.
                Wlokąc się z powrotem do siebie.
                42. Zapukał cicho, zakładając, że Philip powinien już spać.
                Zaskoczył go Kenneth bez koszulki po drugiej stronie drzwi. Czuł jak fala gorąca uderza mu do głowy, ale zaraz w oczy rzucił mu się kolorowy plaster na jego ramieniu, wciągając powietrze czuł charakterystyczny zapach kleju, a na skórze poczuł delikaty przeciąg.
 - Jeszcze raz dzięki, dobranoc. – powtórzył Kenneth, a wychodząc posłał mu jeszcze ostrzegawcze spojrzenie. Ciekawe ile powiedziała mu Astrid, przemknęło przez głowę młodszego skoczka.
                Nieśmiało wszedł do pokoju, zamykając cicho za sobą drzwi. Zgodnie z jego założeniami Philip spał w najlepsze wtulony w pluszowego, zmaltretowanego przez czas kota. Lena, unikając patrzenia na niego, sprzątała ścinki po plastrze.
 - Przyniosłem ci kolacje. – powiedział, odchrząkując, żeby oczyścić gardło, które niespodziewanie odmówiło posłuszeństwa.
 - Dzięki, - mruknęła cicho, kontynuując porządkowanie. – ale przed chwilą mówiłam Kenny’emu, że nie jestem głodna.
                Bolała go ta ignorancja. Znał ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jeśli czegoś nie zrobi, to odetnie się od niego na dobre. Desperacko zapragnął znaleźć pretekst do czegokolwiek.
 - Okleisz mi kolano? – zapytał, łapiąc się ostatniej deski ratunku.
 - Teraz?
 - Teraz. Tu. U mnie. W gabinecie. U Jensa… - wyliczał. – Chociaż to to samo co gabinet. Wstawił do siebie leżankę, ale nikt nie ma zamiaru leżeć i podczas masażu zastanawiać się czy te bokserki na podłodze są czyste czy brudne.
                Usłyszał jak parska cichym śmiechem. Ruchem głowy wskazała na biurko stojące pod ścianą. Przysiadł na nim, a stopę oparł o stojące obok krzesełko.
 - Stabilizująco? – zapytała dla formalności, chociaż dobrze wiedziała jaki rodzaj tapingu zastosować. Potaknął, przyglądając się jak odmierza właściwą długość plastra i przycina końce. – Boli cię?
 - Nie. – w tej chili mógłby bić rekord świata w długości skoku. – Tak dla pewności. Jutro cały dzień będziemy na skoczni. Pamiętasz jak uczyłaś się oklejać?
 - Nie martw się. Teraz wiem ile dokładnie kleju użyć. – oznajmiła z nikłym uśmiechem, ostrożnie nanosząc minimalną ilość kleju w sprayu na oklejaną okolicę. Za pierwszym razem, zanim poszła na kurs, kiedy wspierała się tylko książką, użyła stanowczo za dużo. Daniel nawet po kilku kąpielach, pomimo namaczania i szorowania ciągle miał resztki kleju na skórze.
 - Cieszę się, że to nie było jakoś wybitnie owłosione miejsce. – dodał, obserwując jak rozciera naklejony kawałek. Zdawał sobie sprawę z tego, że uważa, żeby zminimalizować ich kontakt do niezbędnego minimum. – Myślałem, że jesteś z Svindalem w Chile.
                Uśmiech znikł, zmarszczyła brwi i z uwagą nakleiła kolejny kawałek.
 - Tutaj jestem bardziej potrzebna. – odparła płaskim głosem.
 - W kadrze?
 - W Oslo. – sprecyzowała, częściowo niszcząc jego entuzjazm.
                Kończyła przyklejać ostatni kawałek. Ani razu nie spojrzała na niego.
 - Gotowe.
 - Coś się stało? – dopytywał, na co zaprzeczyła ruchem głowy i znów zaczęła sprzątać. – Hej, co jest? – spróbował jeszcze raz, tym razem, łapiąc jej dłoń, żeby przyciągnąć jej uwagę.
 - Nic. – powiedziała hardo, a jej oczy płonęły. – Zupełnie nic. – dodała ostro, wysuwając rękę z jego uścisku. – Możesz iść.
 - Porozmawiajmy.
                Dosłownie czuł jak, mimo otwartego okna, powietrze ulatuje z pokoju, a atmosfera gęstnieje.
 - Nie mamy o czym. – oświadczyła twardo. Jej szare oczy płonęły, kiedy na niego patrzyła. - Kiedy był czas na rozmowy ty siedziałeś na tyłku w Kongsberg, chociaż dobrze wiedziałeś gdzie mnie znaleźć. – wyrzuciła z siebie. Podeszła do drzwi i otworzyła je. – A teraz proszę idź. Philip śpi, ty masz rano trening na siłowni, a ja długą podróż samochodem i całą masę pracy do nadrobienia.
                Czuł się jakby ktoś z całej siły przywalił mu nartami. Chciał zaprotestować, ale w szparze między drzwiami, a ścianą pojawiła się głowa Stöckla.

 - Mówiłem, że tu będzie! – zawiadomił triumfalnie drugiego trenera, który właśnie w innym pokoju rozbił grupę grającą po ciszy nocnej w pokera. – Rozumiem, że mogłeś się stęsknić, ale marsz do łóżka. – rozkazał trener, uważnie obserwując jego oklejone kolano przy każdym kroku.

1 komentarz:

  1. "Po sesji biorę się za komentowanie" postanowiła Paulina i w ten oto sposób pozostawiła tutaj bez komentarza aż dwa rozdziały. Kajam się i obiecuję, że od teraz będę komentować na bieżąco, bez względu na sesje, nie-sesje i inne obowiązki. Tak swoją drogą to zazdroszczę Ci, że potrafisz dodawać rozdziały tak szybko, a żaden z nich nie jest napisany na "odwal się". Każdy jest dopracowany i ciekawy. Pewnie profesjonalista by się do czegoś przyczepił, ale ja profesjonalistką nie jestem, dlatego nie szczędzę pochwał :D
    Nawet nie wiesz, ile kosztuje mnie powstrzymanie dziewczyńskiego pisku radości, kiedy widzę tutaj nowy rozdział. Dawno nie czytałam historii, w której oczekiwanie na kolejne części sprawiałoby mi taką frajdę.
    Powoli zaczynam się orientować kto jest kim, a to sprawia, że opowiadanie wciąga mnie jeszcze bardziej. Lubię, kiedy obok głównego wątku, możemy poznać również perypetie innych bohaterów. Tu szczególnie podoba mi się postać Joachima, mam słabość do takich nieporadnych głupoli. Z kolei Maiken stanowi jego kompletne przeciwieństwo, a bohaterki stanowcze i nie dające sobie dmuchać w kaszę również mi imponują. Tylko nie wiem czy czytam ich wątek ze zrozumieniem. To znaczy - oni chyba nie są razem, prawda? Joachim tylko jawnie na nią leci i próbuje ją zdobyć, a Maiken się na to zgadza, ale nie przejmuje żadnej inicjatywy. Jeśli źle to zrozumiałam, to przepraszam, ale czytanie ze zrozumieniem czasem u mnie kuleje :D W każdym razie, lubię ich.
    Nie wiem jeszcze jak odbierać związek Leny i Daniela, bo wiem o nich niewiele. Właściwie tylko to, że się rozstali w jakichś nieprzyjemnych okolicznościach. I że ich piosenką było/jest "Do I wanna know", a to sprawia, że chyba też ich lubię. Chociaż być może zmienię zdanie, kiedy poznam szczegóły ich rozstania. Na chwilę obecną, Lena nie chce rozmawiać z Danielem na ten temat i jest to chyba zrozumiałe. Niemniej jednak, wydaje mi się, że ich spotkanie po tak długim czasie musiało coś wywołać. Jeśli Lena miała mocne postanowienie, by odciąć się od Daniela i ułożyć sobie życie bez niego, to z pewnością teraz te plany runęły. A jeśli nie runęły, to przynajmniej się zachwiały. Że też ten Stoeckl się musiał wtrącić w takim momencie, no niech go szlag trafi!
    Jeszcze raz przepraszam, za brak odzewu pod poprzednimi rozdziałami. Czekam na kolejne i mam nadzieję, że obędzie się bez ciszy z mojej strony. A jeśli coś znowu stanie mi na przeszkodzie, to już wiesz, jaką radość sprawia mi każdy rozdział tutaj, więc możesz mieć pewność, że stąd nie uciekłam ;)

    OdpowiedzUsuń